Eucharystia i posługa duszpasterska w latach obozowej niewoli

            Spotykamy się kilka chwil przed rozpoczęciem Eucharystii. Każda Eucharystia jest dziękczynieniem za dzieło odkupienia ludzi przez Jezusa z Nazaretu, prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka. Sprawowana dzisiaj, w tym miejscu, będzie podzięką za czynny i męczeństwo wszystkich duchownych, którzy przyjęli na siebie męczeństwo chrześcijańskie, jak i tych którzy gotowi byli je przyjąć.

Ta ich gotowość nie dla wszystkich skończyła się wylaniem krwi, ale przybierała formę codziennego świadczenia o Chrystusie wobec siebie i wobec spotkanych ludzi.

Księża byli więźniowie obozu koncentracyjnego w Dachau, cudownie ocaleni przez Boga w ostatnich dniach wojny za przyczyną św. Józefa Kaliskiego, pozostawili swój testament – by właśnie w tym miejscu: przekazywać dalszym pokoleniom prawdę o martyrologium duchowieństwa w czasach okupacji oraz organizować uroczystości upamiętniających każdorazową rocznicę cudownego wyzwolenia z Dachau za wstawiennictwem św. Józefa.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy coraz więcej z nich odchodziło do Pana, bp. Ignacy Jeż mając świadomość konieczności modlitwy za tych kapłanów i do tych kapłanów, którzy wypełniając swoją posługę oddali życie zarówno na zachodzie, jak i na wschodzie Europy, pomyślał o kontynuacji ich modlitwy w tym miejscu. Widział też potrzebę modlitwy za współczesny świat i tych księży i zakonników, którzy wierni Miłości Chrystusowej gotowi są przyjąć i przyjmują, w każdym czasie, męczeństwo chrześcijańskie. Dzięki jego staraniom Konferencja Episkopatu Polski w dnia 1 maja 2002 r. ustaliła, że ogólnopolskie obchody Dnia Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego odbywać się będą w Kaliszu, jako kontynuacja pielgrzymek księży „dachauowczyków” do Patrona Kościoła Powszechnego w Jego Kaliskim wizerunku.

Przed dzisiejszą Eucharystia, której uczestnikami będziemy wkrótce, może warto przypomnieć jak wyglądały spotkania z Bogiem i posługa duszpasterska kapłanów w obozie koncentracyjnym w Dachau.

II Wojna światowa doprowadziła do milionów ludzkich tragedii. Prześladowania ludności, jakie miały miejsce na terenach zajmowanych przez państwo hitlerowskie i sowieckie, nie ominęły duchowieństwa. Religia – szczególnie Kościół Katolicki – budziła wrogość ideologów obu tych państw. Na terenach zajmowanych przez hitlerowców wrogość ta uzewnętrzniała się początkowymi aktami zastraszania ludności, o których w swych wspomnieniach dotyczących Koźmina, powojenny vicerektor Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu, pisał: Każdego niemal dnia zdarzały się akty nieprzyjazne niemieckich władz miejskich jak również wyrostków hitlerowskich. Te nieprzyjazne akty, wraz z posuwającą się coraz bardziej w głąb Polski armią niemiecką, przeradzały się w terror, rozstrzeliwania i aresztowania wszystkich tych Polaków, którzy dla okupantów stanowili zagrożenie.

Kapłani polscy, zatrzymywani przez władze okupacyjne początkowo umieszczani byli w więzieniach miejskich i obozach przejściowych, a później przewożono ich do obozów koncentracyjnych. Największe grupy księży znalazły się w Buchenwaldzie, Mauthausen-Gusen i Sachsenhausen. Od grudnia 1940 r. wszystkich zaczęto zwozić do obozu koncentracyjnego w Dachau. Działania te podjęto na skutek starań Cesare Orsenigo, nuncjusza apostolskiego w Berlinie, który na polecenie Stolicy Apostolskiej, usiłował pomóc polskim kapłanom. Ten obóz stał się wiec punktem docelowym wojennych przeżyć wielu kapłanów polskich, którzy stanowili w nim grupę 1780 więźniów.

Od grudnia 1940 r. do czasu wyzwolenia obozu 29.04.1945 r. można wyodrębnić kilka okresów, podczas których w różny sposób mogli realizować swoje kapłańskie powołanie.

Regulamin obozowy zabraniał jakiejkolwiek możliwości „uzewnętrzniania” praktyk religijnych. Zarówno świeckim więźniom, jak i kapłanom, nie wolno było posiadać żadnych przedmiotów kultu religijnego i nie wolno było ujawniać się ze swoją modlitwą. Jednak w obozie modliło się bardzo wiele osób. Modlitwa w chwilach próby i cierpienia pomagała im wytrwać i nie odwrócić się od Boga. Czyniono to jednak w tajemnicy, bo jak wspominał te chwile o. Albert Urbański, karmelita: gdyby któryś z księży odważył się publicznie uczynić znak krzyża, wówczas każdy blokowy, czy izbowy, miał prawo zbić go i skopać aż do utraty przytomności lub życia.

Księża zwiezieni z różnych obozów, od wielu dni, tygodni, a nawet miesięcy, pozbawieni byli możliwości przyjmowania Komunii świętej. Ksiądz Wiktor Jacewicz, gorący czciciel Chrystusa Eucharystycznego, napisał w swoich wspomnieniach, że: głód eucharystyczny odczuwaliśmy mocno, dokuczał nam boleśniej niż głód fizyczny. W końcu jednak, w połowie stycznia rozpoczęły się przygotowania by otworzyć dla nich kaplicę.

Czas po jej otwarciu, to okres tak zwanych „przywilejów kapłańskich”, uzyskanych dzięki wspomnianym staraniom nuncjusza Orsenigo, obejmujących możliwości uczestniczenia wszystkich kapłanów uwięzionych w Dachau we Mszy św. sprawowanej przez wybranego przez władze obozowe kapłana. Okres ten dla Polaków trwał od 21 stycznia 1941 r. do około połowy września 1941 roku. W tym czasie władze obozowe odgrodziły siatką bloki, w których oni mieszkali od pozostałej części obozu.

Odgrodzenie to miało na celu całkowite odizolowanie więźniów świeckich od duchownych. Opisując swoje położenie księża wspominali: baraki księży zostały izolowane siatką drucianą od pozostałego obozu. Przy wejściu na ulice blokową księży przy furtce stoi więzień, który nie wpuszcza wcale świeckich więźniów. Nie wypuszcza także księży na spacer po ulicy obozowej, po ulicy poza barakami, po placu apelowym. Sytuacja ta powodowała, jak wspominał ks. F. Korszyński: dużą rezerwę, a nawet jawnie okazywaną niechęć ze strony więźniów świeckich.

Pomimo tego był to czas szczególny dla nich i dla ich posługi kapłańskiej w obozie. Msza św. musiała odbyć się w wyznaczonym przez władze obozowe krótkim czasie, ale podczas spotkania z Chrystusem Eucharystycznym czuli się wolni i bezpieczni. Dodawało ono także im sił do docierania z Najświętszym Sakramentem – pomimo bezwzględnego zakazu – do chorych księży w rewirze szpitalnym i było początkiem ich późniejszej posługi wśród wszystkich więźniów w obozie. Wtedy też, dzięki przedwojennemu działaczowi Akcji Katolickiej Stanisławowi Starowieyskiemu i wielu innym osobom świeckim, spełniali posługę sakramentalną wobec tych potrzebujących współwięźniów, którzy szukali w nich oparcia i szukali Boga.

Drut oddzielający księży od pozostałych więźniów był świadkiem i takich sytuacji, jaka miała miejsce przed śmiercią S. Starowieyskiego: wieczorem koledzy pana Starowieyskiego przynieśli go pod druty bloków księżowskich; prosił o przywołanie jego proboszcza, ks. Dominika Maja, aby udzielił mu rozgrzeszenia, ponieważ czuje, że godziny jego są policzone.

Po dziewięciu miesiącach sytuacja uległa zmianie. We wrześniu 1941 r. skończył się czas, w którym księża polscy mogli uczestniczyć we Mszach świętych odprawianych w kaplicy obozowej. Przywilej ten pozostawiono tylko księżom pochodzącym z innych krajów.

Wtedy też poszli do pracy w komandach obozowych razem z osobami świeckimi i wykonywali w nich najcięższe prace. Jak wspominał ks. Konrad Szweda: dla wielu świeckich więźniów spotkania te były źródłem mocy w walce o życie, ratowały przed załamaniem i duchową prostracją.

Dla samych księży był to czas wielkiej próby. Pełniej zaczęli rozumieć sens i wartość swego cierpienia. Przeznaczani do wyniszczającej pracy, wybierani do eksperymentów medycznych na stacji flegmonowej i malarycznej, typowani na śmierć w tzw. „transportach inwalidów”, coraz bardziej budowali obraz Chrystusa w Koronie Cierniowej, którego chcieli być świadkami. W drodze ku spotykania przez nich Chrystusa Cierpiącego umacniał ich bp. Michał Kozal, który sam podejmując cierpienie, mówił do nich: Bóg ma specjalne zamiary. W Jego woli tkwi i nasza pokuta i nasze wynagradzanie i zadatek przyszłej chwały Kościoła w Ojczyźnie naszej, ale i zadatek naszej chwały do wieczności.

Pomimo, że nie mogli przyjmować w kaplicy Komunii świętej, mieli świadomość że był wśród nich: jeden więzień nie zarejestrowany w obozowych księgach – Jezus Chrystus, który został z nimi. Świadomość ta wyciskała łzy z ich wdzięcznych oczów i rozpalała ku Niemu miłość serc. Pozostał bowiem z nimi, jak zapowiedział: ”Nie zostawię was sierotami”.

            Przeżycia obozowe i skrajnie trudne warunki życia wyzwalały wśród kapłanów i wierzących osób świeckich potrzebę wynagradzania Chrystusowi za odejścia od Niego wielu ludzi. Stąd też, o ile było to w ich mocy, kapłani pragnęli ukazywać wszystkim ludziom poszukującym osobę Chrystusa jako królującego i wszechobecnego. Wprawdzie zewnętrzna rzeczywistość zdawała się o tym przeczyć, jednak dla znajdujących się tam kapłanów Chrystus Król był źródłem życia i nadziei. Dlatego księża polscy konsekrowane Hostie, zdobywane za pośrednictwem zaprzyjaźnionych z nimi kapłanów z innych narodowości, nieśli do ludzi. Podczas pracy wraz z więźniami świeckimi adorowali Chrystusa i uczyli swych świeckich braci odnawiać w sobie wiarę, nadzieję i miłość.

Od czasu poluźnienia dyscypliny obozowej w 1943 r., gdy sytuacja na frontach wojny stawała się dla Niemców niekorzystna, z coraz mniejszym lękiem zaczęli odprawiać „katakumbowe Msze święt”. Były one dla niektórych spotkaniem z Chrystusem Eucharystycznym, ale także odnajdywaniem Jezusa przez tych więźniów, którzy w bezsensie życia obozowego gdzieś Jego obraz zagubili. Bł. ks. W. S. Frelichowski, którego relikwie za chwilę zostaną wprowadzone do tej świątyni, wytrwale wiódł ludzi do tych spotkań, uważając, że wiara jednego człowieka potrafi uratować życie wielu osobom, a ludzie niewierzący, dzięki świadectwu wierzących, mogą w swym życiu Boga odnajdywać.

W swojej pracy apostolskiej księża wykorzystywali otrzymywane przez siebie paczki żywnościowe. Dzielili się nimi ze współwięźniami, wskazując im w ten sposób, że w miłości braterskiej, do której wzywa Chrystus, a która jest uczestnictwem w miłości Bożej, można odnajdywać Stwórcę.

W obliczu wydarzeń z ostatnich miesięcy wojny, a związanych ze zbliżającym się frontem, ewakuowano ludzi z innych obozów koncentracyjnych do Dachau. Ich wielka liczba przyczyniła się do wybuchu epidemii tyfusu. Kapłani dobrowolnie zgłosili się do opieki nad chorymi. Nieśli im także posługę sakramentalną, która była dla jednych Wiatykiem do wieczności, a dla tych, którym było dane przeżyć, świadectwem spotkania z Bogiem, które prowadzić mogły do refleksji: Dziwnymi naprawdę drogami prowadzi nas Bóg i dziwnymi sposobami otacza nas swoją potężną opieką. Kiedy wspomnę ile razy nasi wrogowie zdawali się mieć nas całkowicie w swej ręce, to podziw mnie ogarnia, jak cudownie Bóg nas ochraniał lub usuwał ich z naszej drogi. Można więc powiedzieć, że także w tym stwierdzeniu zawarte jest wielkie spotkanie człowieka z Bogiem w obozie koncentracyjnym w Dachau.

Ks. Sławomir Kęszka