Wspólnota „dachauowczyków” – zwycięstwo przez wiarę i miłość

Ojciec Kajetan Ambrożkiewicz – kapucyn, który w obozie koncentracyjnym w Dachau

przebywał od grudnia 1940 r., o swym uwięzieniu napisał, że: „w czasie składania ślubów zakonnych zakonnicy śpiewają psalm 132 Jak dobrze jest mieszkać wspólnie. Nigdy nie przekonałem się o prawdzie tych słów tak, jak w obozie”.

W tym lakonicznym stwierdzeniu mieści się pełnia przyjaźni, szacunku i akceptacji dla współbraci obozowych, którym przyszło żyć wspólnie w trudnych warunkach wyznaczonych bezwzględnym regulaminem reżimu hitlerowskiego.

Wspólnota kapłańska, jaka się wówczas wśród księży zawiązała, wyprzedziła epokę i już wówczas swoim charakterem przypominała nieco dzisiejsze – soborowe i posoborowe – rozumienie prezbiterium Kościoła.

Dzięki łasce Bożej cechowały ją głębokie więzy przyjacielskie, duchowe i psychologiczne. Księża starali się kierować regułami tworzącymi pewien ład w nieludzkim obozowym świecie. Przede wszystkim nauczyli się akceptować siebie wzajemnie i sytuację w jakiej się znaleźli. Pozwoliło to po latach wspominać dzisiejszemu Słudze Bożemu – ks. Kazimierzowi Hamerszmitowi, że: ”tworzyło się wzajemne umacnianie w tej ludzkiej biedzie, tworzyła się nadzwyczajna szkoła życia, która przygotowywała wielu z nas do dalszego ofiarnego życia”.

To wzajemne umacnianie się powodowało uspokojenie serc i wyciszanie umysłów. Nawet gdy budziła się chęć odwetu wobec hitlerowców, napomnienie braterskie skutkowało. Zachowało się wspomnienie o późniejszym ordynariuszu diecezji chełmińskiej ks. Bernardzie Czaplińskim, który w czasie, gdy samoloty alianckie bombardowały Monachium i w baraku odzywało się wiele radosnych okrzyków, powiedział: „Czy wyście zupełnie pogłupieli? Podziwiacie wspaniałe widowisko, huki salw (…), a tam giną niewinne dzieci. Tam za grzechy ojców, za zbrodnie ludobójstwa ojców – giną dzieci”. To napomnienie otrzeźwiło współbraci, którzy na późniejszych kaliskich spotkaniach u św. Józefa mówili, że nie potrafią zapomnieć zadawanego im cierpienia, ale nauczyli się wybaczyć oprawcom.

Ich wspólnotę scalało też przyznawanie się do winy i wzajemne przebaczanie. W czasie głodu jaki panował w 1942 r. wielkim występkiem była kradzież jedzenia. Ks. K. Hamerszmit wspominał, że zjadł: „kilka ziemniaków znalezionych przez jednego z kleryków, ale myśl, że była to kradzież nie odstępowała mnie ani na chwilę. Odnalazłem poszkodowanego i przyznałem się do winy proponując, że oddam mu część chleba z mojej porcji. On jednak machnął ręką, że nic się nie stało”. Wagę tego przebaczenia można zrozumieć, gdy przeżyło się doświadczenie tamtego obozu.

W pierwszych tygodniach pobytu księży w Dachau wszelkie formy kultu religijnego były surowo zakazane. Przyłapanie kogoś na modlitwie indywidualnej kończyło się sadystycznymi karami wymierzanymi przez funkcyjnych obozowych. Dlatego dopiero wieczorem, gdy pilnujący ich izbowi i blokowi posnęli, mogli poświęcić się modlitwie, która ich umacniała i scalała.

W okresie od stycznia do września 1941 r. polscy księża mogli modlić się w kaplicy obozowej, otwartej w wyniku starań Stolicy Apostolskiej. Był to dla nich czas próby ich zaradności, by pomimo zakazu władz obozowych potajemnie spowiadać i docierać z ułamkami konsekrowanych Hostii nie tylko do chorych księży w rewirze szpitalnym, ale także do więźniów świeckich, których obowiązywał zakaz wstępu do kaplicy obozowej.

W 1941 r. do obozu przywieziony został sufragan włocławski – biskup Michał Kozal. Od pierwszych chwil pobytu w Dachau cechowała go postawa wskazująca na przyjęcie męczeństwa chrześcijańskiego. Podjął je, aby jak najdoskonalej naśladować Chrystusa cierpiącego, oddającego swe życie za zbawienie świata. Rozmawiając z księżmi, mówił, że: „Bóg ma specjalne zamiary. W Jego woli tkwi i nasza pokuta i nasze wynagradzanie i zadatek przyszłej chwały Kościoła w Ojczyźnie naszej, ale i zadatek naszej chwały do wieczności”. Jego spokój i pewność, że Bóg jest z nimi, dawała księżom siły do pełni wzrostu wewnętrznego i ich scalała. Po Jego śmierci pieczę nad polskimi kapłanami przejął powojenny sufragan poznański ks. Franciszek Jedwabski. Za jego wiedzą i przyzwoleniem księża rozpoczęli prowadzić szeroką posługę duszpasterską wśród osób świeckich, a także potajemnie odprawiać Msze św.

Duchowni uwięzieni w Dachau pochodzili z różnych zgromadzeń zakonnych i diecezji, ale stanowili wielką wspólnotę kapłanów zapatrzonych w Jezusa w Koronie Cierniowej i w miarę upływu czasu stawali się coraz bardziej wiarygodnymi Jego świadkami. Wspólnie budowali „obozowy Kościół”, który prowadził więźniów do zbawienia. Z tego wynikała też postawa bł. ks. Stefana W. Frelichowskiego, który obóz traktował jak wielką parafię i – o czym wspomniano podczas Jego beatyfikacji – „dostosowywał w nim metody duszpasterskie do potrzeb każdego spotkanego człowieka. Miał świadomość Wielkiej Sprawy i z głęboką pokorą służył ludziom. Dzięki dobroci, łagodności i cierpliwości pozyskał wielu dla Chrystusa w tragicznych okolicznościach wojny i okupacji”. Dzięki Jego posłudze duszpasterskiej i sakramentalnej, a także posłudze szeregu innych księży z obozowej wspólnoty kapłańskiej, wielu więźniów umacniało się w wierze, inni powrócili do Boga, a ci umierający, zaopatrzeni Wiatykiem, odchodzili spokojnie.

Po wojnie spotkania pielgrzymkowe księży „dachauowczyków” u Św. Józefa Kaliskiego były podziękowaniem za ocalenie i wyzwolenie z „Kalwarii nazistowskiej”, a także kontynuacją spotkań wspólnotowych i kornym dziękczynieniem za zwycięstwo Boga i człowieka nad nienawiścią przez wiarę i miłość.